Kuchnia egipska – Molokhia/Muluhija najzdrowsza zupa na świecie!

21 May

Mulukhiyah, mloukhiya, molohiya, mulukhiyya, malukhiyah lub moroheiya – tyle nazw na określenie jednej zupy.

Molokhia

Niedawno przygotowywałam prezentację o kuchni egipskiej. Tak naprawdę na początku nic o niej nie wiedziałam, jak z resztą, podejrzewam, większość osób. Egipt kojarzy się z tanimi wakacjami all-inclusive, bufetami wypełnionymi po brzegi różnościami i bakhlavą. Tymczasem kuchnia tego kraju jest bardzo ciekawa, szczególnie dla wegetarian, oraz bardzo zdrowa.

Roślina – Molokhia zainteresowała mnie, ponieważ jest bogactwem witamin (ponad 32), magnezu, potasu i wapnia. Szpinak może się schować ze wstydu! Ponadto, ma właściwości afrodyzjaku, dlatego jeden z dawnych władców Egiptu zabronił jej spożywania. Na szczęście te czasy już minęły i teraz możemy cieszyć się jej smakiem.

Zazwyczaj podawana z ryżem, niektórzy nawet twierdzą, że jest to bardziej danie ryżowe niż zupa. Inni mówią, że ryż może być dodatkiem, ale nie jest konieczny. Tyle wersji, ile osób. Do tego można dodać ugotowanego kurczaka.

To co jest zdecydowanie najgorsze w tej zupie, to jej konsystencja. Liście molokhii podczas gotowania robią się śliskie, więc ciągnie się, kiedy nabieramy ją łyżką. Do tego jest totalnie niefotogeniczna! Musiałam się bardzo namęczyć, żeby jakoś ładnie wyszła na zdjęciach, mam nadzieję, że docenicie ;) . Na szczęście smak i jej właściwości wynagradzają obrzydliwą, dla niektórych, konsystencję i niezbyt atrakcyjny wygląd.

Ach! No i najważniejsze! Koniecznie powinna być podana z dużą ilością cytryny. Cytryna i molokhia bardzo się lubią i żyć bez siebie nie mogą, a doznania smakowe będą o niebo lepsze!

Molokhia

Składniki

  • litr rosołu (ja robię z przepisu z Kwestii Smaku, tylko cebulę wcześniej zapiekam w piekarniku, żeby była aromatyczna, sztucznym kostkom rosołowym mówimy – NIE!)
  • 1 opakowanie  mrożonych liści molokhii
  • 2 łyżki drobno pokrojonego czosnku
  • 2 łyżki drobno pokrojonej świeżej kolendry
  • 1 łyżka masła

Zaczynamy od rosołu. W międzyczasie rozmrażamy molokhię, podobno można kupić też suszoną, ja użyłam świeżej, bo akurat udało mi się znaleźć. Molokhia mrożona jest już zazwyczaj poszatkowana, więc nie trzeba jej dodatkowo kroić, ale jeśli macie suszoną lub świeżą, to polecam użycie blendera.

Z rosołu wyjmujemy warzywa i kurczaka. Na patelni topimy masło i podsmażamy połowę czosnku (jedną łyżkę) i kolendrę, aż nabiorą lekko brązowego koloru. Do rosołu dodajemy molokhię, czosnek, chwilę podgotowujemy (jeśli rosół był zimny, to do momentu, aż zrobi się gorący) i na końcu wlewamy podsmażoną kolendrę z czosnkiem i jeszcze chwilę podgotowujemy.

Serwujemy z dużą ilością ryżu i kurczakiem lub bez, może też być z mniejszą ilością ryżu. Wyciskamy cytrynę do środka i zajadamy te witaminy!

Smacznego!

P.S. Jedna z moich Czytelniczek – Lula – doniosła, że w Polsce można kupić suszoną molokhię w sklepach arabskich, sądzę, że znajdziecie ją też w Kuchniach Świata.

Molokhia

Poznaj ze mną kuchnię arabską cz.10 fast food – falafele

16 May

Falafele

Gdyby w Mc Donald’s zamiast sztucznych zielonych jabłek zaczęli sprzedawać falafele, może pojawiałabym się tam częściej niż parę razy do roku, kiedy jestem w Krakowie na imprezie i w nocy dopada mnie głód. Falafele są arabskim odpowiednikiem fast foodu, tyle tylko, że nieco bardziej zdrowym. Pomimo, że smażone na głębokim tłuszczu, zawierają takie składniki, że ta odrobina oleju robi się nieszkodliwa.

Falafele są popularne we wszystkich krajach arabskich. W jednych znajdziemy je zrobione wyłącznie z ciecierzycy, w innych (okolice Egiptu) z bobu, a jeszcze w innych z mieszanki jednego i drugiego. Oryginalnie robione z suszonych nasion, ale w przypadku bobu ja używam świeżego, bo tak wolę, na dodatek kolor jest wtedy piękny, zielony. Serwowane oryginalnie z tahiną lub hummusem, od jakiegoś czasu można też je dostać serwowane w arabskim chlebie, jako swego rodzaju kanapkę. W 100% wegańskie, z masą smakowitych przypraw, zdecydowanie wygrywają z Cheeseburgerem, czy Big Mac’kiem, a nawet z shake’iem waniliowym, za którym jeszcze do niedawna przepadałam :) .

Jak dla mnie najlepsza jest wersja z bobem. Do tego, jako urozmaicenie – świeża mięta, która wraz z jogurtem i sokiem z cytryny stanowi świetny dodatek, który zastąpi trochę ciężki hummus.

Pyszna przekąska, której przygotowanie zajmuje bardzo krótko, bo tylko ok. 15 minut.

Czego potrzebujemy do ich zrobienia?

falafel

Na pierwszy ogień pójdą falafele z bobu.

  • 250 g świeżego bobu
  • 1 biała cebula
  • garść świeżej kolendry
  • 6 dużych liści świeżej mięty
  • 1 łyżeczka pieprzu cayenne
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 1/2 łyżeczki mielonego kminku
  • utarta skórka i sok z połowy cytryny
  • 1 łyżka mąki
  • sól i pieprz

Bób gotujemy, a następnie obieramy. Cebulę kroimy i wrzucamy wraz z bobem i wszystkimi przyprawami, skórką i sokiem z cytryny do blendera i miksujemy. Masa nie powinna być zmielona na pastę, ale powinny być w niej drobne cząsteczki bobu i cebuli. Na końcu dodajemy mąkę i mieszamy łyżką.

W garnku podgrzewamy olej słonecznikowy/winogronowy (najzdrowsze oleje do smażenia, niech nikt Wam nie wmawia, że oliwa z oliwek jest lepsza – nie, nie jest. Oliwa jest dobra na surowo, a nie do smażenia!). Kiedy będzie już bardzo gorący tworzymy z masy nieco spłaszczone kulki i wkładamy. Smażymy do momentu, aż skórka będzie brązowa. Kiedy olej jest bardzo dobrze rozgrzany nie zajmie to więcej niż minuty, kiedy zbyt słabo, falafele będą gotowe w ciągu +/- 5 minut.

Próbowałam też smażyć je na oleju kokosowym. Da się, ale olej kokosowy ma to do siebie, że się pieni i nie widać, czy są już gotowe.

Serwujemy na talerzu z hummusem lub tahiną, lub jogurtem z dodatkiem mięty i soku z cytryny.

Smacznego!

falafele

Wersja z ciecierzycy.

  • 250 g suszonej ciecierzycy (można też użyć z puszki, ale ja jej nie ufam. skąd wiecie, co tam dodali?)
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • garść świeżej pietruszki
  • 1/2 łyżeczki mielonego kminku
  • 1 łyżeczka pieprzu cayenne
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • sól i pieprz
  • 2 łyżki mąki

Ciecierzycę namaczamy przez 24 godziny w zimnej wodzie (może być krócej – ja namaczałam przez ok. 14 godzin). Po tym czasie, stawiamy na kuchence i podgrzewamy do zagotowania. Kiedy woda się zagotuje, zmniejszamy ogień i gotujemy jeszcze przez godzinę.

Gotową ciecierzycę wraz z pozostałymi składnikami, poza mąką, miksujemy. Masa nie powinna być zmielona na pastę, ale powinny być w niej drobne cząsteczki bobu i cebuli. Na końcu dodajemy mąkę i mieszamy łyżką.

W garnku podgrzewamy olej słonecznikowy/winogronowy . Kiedy będzie już bardzo gorący tworzymy z masy nieco spłaszczone kulki i wkładamy. Smażymy do momentu, aż skórka będzie brązowa. Kiedy olej jest bardzo dobrze rozgrzany nie zajmie to więcej niż minuty, kiedy zbyt słabo, falafele będą gotowe w ciągu +/- 5 minut.

Serwujemy na talerzu z hummusem lub tahiną, lub jogurtem z dodatkiem mięty i soku z cytryny.

Smacznego!

UWAGA!

Niedawno znajoma podpowiedziała mi sztuczę, którą jej z kolei podpowiedziała koleżanka z Libanu. Falafele mają to do siebie, że mogą się rozpadać, dlatego dobrze jest masę odłożyć na godzinkę na bok. Ja tego nie robię i mi się nie rozpadają, ale podpowiadam, na wypadek, gdyby Wam się to przydarzyło.

Brioszki z wodą różaną, dżemem daktylowym i kokosem

11 May

Brioszki

Nie zaskoczę Was mówiąc, że brioszki kojarzą mi się z Francją. Moje uwielbienie do nich nie bierze się jednak stąd, że są jednym z typowych francuskich przysmaków. Kiedy mieszkałam przez pół roku we Francji, praktycznie codziennie jadłam je na śniadanie. Biegnąc spóźniona na zajęcia, kupowałam jeszcze ciepłą brioszkę w piekarni, która stała na przeciwko przystanku i następnie wpadałam z nią do tramwaju. Był to też jeden z naszych przysmaków, kiedy wracając nad ranem z imprezy dopadała nas ochota na coś do jedzenia.

Brioszki

Spróbowałam zrobić je sama. Co prawda brioszki, które kupowałam we Francji posypane były tylko ziarenkami cukrowymi, ja do moich dodałam dżem, wiórki kokosowe, a do ciasta dodałam wodę różaną, żeby nadać ładnego aromatu. Nie chciałam odtwarzać smaku moich franuskich wspomnień, ale muszę przyznać, że wyszły bardzo udane.

Przepis na ciasto znalazłam na blogu Kwestii Smaku, który znajdziecie tutaj.

Składniki, których będziemy potrzebować to:

  •  370 g mąki pszennej tortowej
  •  50 g drobnego cukru
  •  50 g świeżych drożdży/ ja użyłam 11 g suszonych
  •  1 łyżeczka soli
  •  100 ml ciepłego mleka
  •  3 jajka
  •  170 g miękkiego masła
  • 2 łyżki wody różanej
  • dżem daktylowy
  • wiórki kokosowe

Zaczynamy od drożdży: mieszamy je z ciepłym mlekiem, 1 łyżką mąki i 1 łyżkeczką cukru, odstawiamy na 15 minut, aż zaczną pojawiać się bąbelki. Do dużej miski wsypujemy mąkę, cukier, sól, wbijamy jajka i dodajemy drożdże. Mieszamy przez 5 minut robotem kuchennym (u mnie KitchenAid). Następnie dodajemy masło i mieszamy przez kolejne 5 minut. Odkładamy ciasto na godzinę do wyrośnięcia. Następnie dodajemy wodę różaną, mieszamy całość ręką i dzielimy ciasto na wg. Kwestii Smaku 12 części, ja zrobiłam 8 większych. Tworzymy kulki, do środka których wkładamy dżem daktylowy i wiórki kokosowe. Układamy jedną obok drugiej na blaszce posmarowanej masłem i wyłożonej papierem do pieczenia. Odkładamy na pół godziny do wyrośnięcia, a następnie wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy przez 30 minut.

Polecam zjedzenie jeszcze ciepłych! Są najlepsze i wcale nie boli brzuch!

Trzymamy je przykryte ściereczką, takim sposobem przetrwają nawet 3 dni.

Smacznego!

A.

Brioszki

Emiraty to nie tylko Dubaj, czyli Fujairah cz.2.

7 May


Snoopy Island

Jadąc do Fujairah nie myślcie sobie, że jedyną atrakcją są wspomniane we wcześniejszym wpisie walki byków. Miłośnicy nurkowania kochają Fujairah i przybywają tutaj pooglądać podwodny świat. Nie trzeba być zaawansowanym nurkiem, na miejscu znajduje się mnóstwo szkółek, chociaż do tych najlepszych dobrze jest się wcześniej zapisać. Są też organizowane wyjazdy z Dubaju na wspólne nurkowanie.

Najpopularniejszym miejscem jest Snoopy Island (na zdjęciu). Nurkując można tam zobaczyć m.in. małe rekinki oraz żółwie. Jako miłośniczka żółwi pojadę tam kiedy tylko zrobię kurs!

Do wyspy dopływa się z plaży w ok. 10 minut, woda, kiedy nie wieje, ma bardzo dobrą widoczność.

Snoopy Island

Jeśli nurkowanie nie jest powodem, dla którego wybieracie się do Fujairah, znajdują się tam również wspaniałe plaże. Jedną z nich jest Korfa Khan w emiracie Sharjah, który dzieli emirat Fujairah, położony jest przy niej park, a z plaży widać dom sheikha Sharjah.

Należy pamiętać, że Fujairah i Sharjah nie są tak liberalnymi Emiratami jak Dubaj, więc kobiety na publicznych plażach nie mogą występować w bikinii. Można założyć spodnie (3/4, długie, nie mini-spodenki) i do tego nieprzezroczystą koszulkę. Żeby się wykąpać w kostiumie, wystarczy pojechać do jednego z okolicznych hoteli, bo na zamkniętych plażach nie ma żadnych ograniczeń.

zbieranie muszelek

Korfa Khan

plaża Sharjah

Korfa Khan

plaza

Plaża przy Snoopy Island

Emirat Fujairah jest podzielony w pewnym momencie przez Emirat Sharjah. Granicy widocznej nie ma, różnicę widać co najwyżej w utrzymaniu zieleni i na poboczach widać zdjęcia innego sheikha. W Sharjah znajduje się małe miasteczko, o nazwie Madha, które jest eksklawą Omanu, a wewnątrz tej eksklawy znajduje się enklawa Emiratów o nazwie: Nahwa. Nie mylicie się. W środku kraju (ZEA), znajduje się kawałek Omanu, w którym znajduje się kolejny kawałek Emiratów. Niezły numer, co? :) Najważniejsze jest jednak to, że w tej eksklawie znajduje się stacja benzynowa, na której można kupić tańszą (bo omańską) benzynę. Jeśli więc jedziecie samochodem, możecie tanio (albo raczej – jeszcze taniej niż w ZEA) zatankować samochód. Stację poznacie po najdłuższej w całych Emiratach kolejce samochodów ;) . Dla niedoinformowanych, benzyna w Emiratach kosztuje ok. 1,3 AED, czyli ok. 1 zł. Dla porównania, w Arabii Saudyjskiej kosztuje 0,3 zł w przeliczeniu, więc mamy tu strasznie drogo ;) .

palma

Piękne plaże, nurkowanie, eksklawy. Jak widzicie, Emiraty nie są nudne. Do tego, w Fujairah można zobaczyć zabytek. Jest to coś niezwykłego, bo Emiraty jako stosunkowo nowe państwo nie mają za dużo zabytków, nie mówiąc o muzeach, galeriach, itp. W Fujairah znajduje się najstarszy w Emiratach meczet – Al Bidyah. Pochodzi z 1446 roku, jest malutki, nie ma nawet minaretu. Można do niego wejść w godzinach od 9-12 i trzeba być odpowiednio ubranym (czyli zakrytym, nawet głowy w przypadku kobiet).

Al Bidyah

Na wzgórzu nad meczetem, stoją dwie wieże, prawdopodobnie strażnicze. Warto na nie wejść, ponieważ rozciąga się z nich wspaniały widok na Zatokę Omańską, a z drugiej strony na góry.

Zatoka Omańska

góry

and not to throw it ;)

napisy

wieże strażnicze

Przyjeżdżając do Fujairah, warto zarezerwować sobie dwa dni na zwiedzanie, nurkowanie i odpoczynek, chociaż ja po dwóch dniach czułam niedosyt i napewno jeszcze się tam wybiorę. W końcu w mieście znajduje się wspaniały targ rybny, na którym jeszcze nie byłam!

Emiraty to nie tylko Dubaj, jak się wielu osobom wydaje. Jest tu wiele, jeszcze mało znanych i niezbyt rozreklamowanych, malowniczych miejsc, w których można poodpoczywać. Nie są może równie luksusowe, nie ma w nich sztucznych palm, stoków narciarskich, czy najwyższych budynków, ale pokazują prawdziwe oblicze tego arabskiego kraju.

Wycieczka do Fujairah cz. 1

1 May

Fujairah

Dawno nie zabierałam Was na wycieczki po Emiratach, więc w ramach długiego weekendu zapraszam Was na wizytę w Fujairah (czytamy: fudżejra), otoczonym górami i pustynią Emiracie znajdującym się 1,5 godziny od Dubaju.

Fujairah

Zacznę od samego początku, jak w ogóle znalazłam się w Fujairah. Przez dłuższy czas przed moim wylotem do Dubaju informowałam o przeprowadzce na Fanpage’u i na blogu. Pewnego dnia pod jednym z wpisów znalazłam komentarz: “Asiu,przeczytalam Twoj wpis o przeprowadzce do Dubaju, a dostalam sie do Twojego bloga poprzez Durszlak. Postanowilam napisac, gdyz od 6 lat mieszkam w Emiratach – wiec gdybys miala jakies pytania, chetnie odpowiem i pomoge. Moze udaloby sie nam spotkac, kiedy juz tu zawitasz. Prosze o kontakt na maila. Pozdrawiam, A.”
Bardzo mnie ten komentarz ucieszył, po pierwsze dlatego, bo uwielbiam dostawać od Was komentarze, po drugie dlatego, bo oto pojawiła się nowa i ciekawa znajomość. Odpisałam do A. i od razu złapałyśmy bardzo dobry kontakt.

Po przeprowadzce A. przyjechała do mnie do Dubaju na lunch, gdzie spędziłyśmy 4 godziny nie mogąc się nagadać. Umówiłyśmy się, że następnym razem widzimy się u niej, w Fujairah. Trochę nam zajęło zebranie się, żeby pojechać, głównie ze względu na to, że ciągle coś się działo a to zmiana mieszkania, a to odwiedziny znajomych itp..

W końcu wynajęliśmy samochód i ruszyliśmy w drogę.

***Jeśli jedziecie z Dubaju, nie kierujcie się w stronę lotniska, bo: 1) utkniecie w korkach, 2) dojdą dodatkowe opłaty za autostradę w mieście, a ostatnio “salik’ów” narobiło się całkiem sporo. Zamiast tego dojedźcie do Bypass Road i stamtąd kierujcie się na Fujairah drogą E102 – na tablicy pojawi się zjazd na KALBA. ***

Kiedy już zjechaliśmy z autostrady na mniejszą drogę prowadzącą do Fujairah, naszym oczom ukazała się przepiękna, ciemnopomarańczowa pustynia. Na wydmach widać było przechadzające się wielbłądy, których jest tu tak dużo, jak saren w Polsce. Na horyzoncie majaczyły góry, które wskazywały, że jedziemy w dobrym kierunku.

wielbłąd - znak

A. opisała nam Fujairah – zwany potocznie przez Polaków “Fujarką” – jako wieś, w której są dwie drogi na krzyż, a w piątki odbywają się walki byków. Tymczasem wjechaliśmy, a naszym oczom ukazały sie wieżowce, duży supermarket i niemałe miasteczko! Był to piątek, a więc wybraliśmy się na walki byków. Ruszyliśmy i stanęliśmy, bo oto w Fujairach utworzył się korek (i tu od razu sprostowanie – w tym dniu w mieście odbywał się maraton i główna droga była zamknięta. Prawdopodobnie trafiliśmy na jedyny w roku korek w Fujairah ;) ). Staliśmy w nim dość długo i doszliśmy do wniosku, ze na walki byków wrócimy, a tymczasem pojedziemy do sąsiedniego Emiratu – Sharjah.

Mieliśmy dużo szczęścia, bo oto poboczem szła parada. Na początku myśleliśmy, że to wesele, ale dookoła kręciła się policja, fotografowie i telewizja, a po drugiej stronie ulicy zauważyliśmy odbywający się festiwal kultury. Wyciągnęłam więc aparat, zapytałam policjanta o zgodę i zaczęłam robić zdjęcia. Paradę otwierała para siedząca na wielbłądach, a za nimi szli mężczyźni, kobiety i dzieci grające na intrumentach. Wszystko to wyglądało bardzo barwnie i ciekawie.

***Mała uwaga – kiedy jesteście w Emiratach, albo jakimkolwiek arabskim kraju i widzicie kobietę w abai (tradycyjnym stroju), nie wyciągajcie od razu aparatu i nie róbcie zdjęć – jest to uznawane za obraźliwe i możecie nawet trafić za to na policję. Najlepiej jest podejść i się zapytać o zgodę. ***

 

Fujairah

Fujairah

Fujairah

Fujairah

Nie udało nam się zdążyć na walki byków, ale za to przyjechaliśmy tam tuż po ich zakończeniu dzięki czemu zrobiłam parę zdjęć. Jadąc do Fujairah spodziewałam się, że te walki będą czymś w rodzaju hiszpańskiej Korridy, gdzie torreador “walczy” z wściekłym bykiem. Obawiałam się tego, bo nie lubię patrzeć na cierpiące zwierzęta, a już zwłaszcza jak cierpią ku radości ludzi. Te walki jednak są zupełnie inne. Byki walczą z bykami. Nie ma krwi, bo zwierzęta zakleszczają się rogami i przepychają, który będzie silniejszy. Na pewno wybiorę się, żeby je zobaczyć z bliska i wtedy opowiem Wam jak to wszystko wygląda. Tymczasem przedstawiam zdjęcia.

Fujairah

 

Fujairah

Fujairah

Fujairah

Fujairah

Ciąg dalszy wycieczki do Fujairah nastąpi…a w nim poczytacie o zabytkach, plażach i dobrych restauracjach.

Chleb bananowy z mąki ryżowej

25 Apr

Chleby bananowe to moja specjalność. Odkąd rok temu zaczęłam z nimi eksperymentować, nie mogę przestać i ciągle wynajduję nowe sposoby, żeby sprawić by były jeszcze zdrowsze i jeszcze smaczniejsze. (wcześniejsze przepisy znajdziecie tu, tu, tu i tu)

Chleb bananowy z mąką ryżową

Ostatnio często korzystam z mąki ryżowej, do smażenia kalmarów na przykład jest idealna.

Problem z nią jest taki, że niekoniecznie nadaje się do ciast. Mąka ryżowa ma właściwości rozklejające, a więc przy złych proporcjach ciasto nie będzie się trzymać. Pamiętam jak raz zrobiłam naleśniki ryżowe, które się całe łamały.

Niektórzy radzą sobie z tym problemem w taki sposób, że dodają np. maślankę. Ja dodałam więcej bananów. Zamiast standardowych trzech, użyłam sześciu.

Uwaga, ta wersja chleba bananowego jest prawie w ogóle niesłodka. Cała słodycz jest zawarta w bananach i miodzie. Jak dla mnie rewelacja, ale tym, którzy wolą bardzo słodką opcję, polecałabym dodanie albo cukru, albo na przykład daktyli.

Składniki, które będą potrzebne to:

  • 260 g mąki ryżowej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 0,5 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 0,5 łyżeczki gałki muszkatułowej
  • 4 łyżki wiórków kokosowych
  • migdały i nerkowce pokrojone
  • 3 łyżki miodu
  • 6 bananów
  • 2 jajka
  • 120 ml oleju kokosowego

Białka ubijamy na sztywno. W osobnej misce mieszamy mąkę z proszkiem do pieczenia, sodą oczyszczoną, solą, cynamonem, gałką muszkatułową, wiórkami kokosowymi, migdałami i drobno pokrojonymi nerkowcami. Do białek dodajemy żółtka, miód, banany, olej kokosowy i wszystko ze sobą mieszamy. Do mieszanki bananowej dodajemy suche składniki i mieszamy dokładnie.

Przelewamy całość do nasmarowanej odrobiną oleju foremki i pieczemy ok. 40 minut (lub do suchego patyczka) w 180 stopniach.

Smacznego!

chleb bananowy z mąki ryżowej

Poznaj ze mną kuchnię arabską cz. 9 zupa z soczewicy

22 Apr

zupa z soczewicy

Pomimo upalnego klimatu, zupy w krajach arabskich są bardzo popularne. Nie są wcale lekkie i delikatne, ale dość ciężkie i pożywne. Zazwyczaj robione na bazie warzyw strączkowych, mogą spokojnie służyć za danie główne. Mają bardzo aromatyczny zapach, dzięki dużej ilości przypraw. Jak dla mnie najlepiej smakują przegryzane ciepłą pitą. PYCHOTKA!

Ostatnio oszalałam na punkcie zupy z soczewicą. Na zmianę używam czerwonej i zielonej, chociaż w Dubaju mam dostep do wielu innych rodzajów, które na pewno przetestuję i zrobię na ten temat wpis. Jest rozgrzewająca (co? Aśka oszalała! Rozgrzewającą zupę przy 40 stopniach? Szalona!), aromatyczna, sycąca i przepyszna. Wegetariańska – bez ani odrobiny mięsa, bardzo zdrowa, bo w składzie ma same warzywa. Do tego przepiękny, intensywny kolor, a ostrości dodaje pieprz cayenne i sambal oelek (może zostać zastąpiony papryczą chili, jeśli nie znajdziecie go w sklepach).

Spróbujecie?

 

zupa z soczewicy

 

Składniki, które będą potrzebne do jej zrobienia to:

  • 1 łyżka oleju/oliwy
  • 2 posiekane cebule
  • 3 wyciśnięte ząbki czosnku
  • 1/2 łyżeczki garam masala
  • 1/2 łyżeczki sambal oelek (jest to rodzaj przecieru z papryczek chili, może zostać zastąpiony surową/utartą papryczką)
  • 1/4 szklanki przecieru pomidorowego
  • 12 pomidorów drobno pokrojonych
  • 6 szklanek bulionu warzywnego
  • 1/2 szklanki zielonej lub czerwonej soczewicy
  • 2 łyżeczki cukru brązowego
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
  • 1/2 szklanki drobno pokrojonych liści kolendry

Olej podgrzewamy w garnku, kiedy już się rozgrzeje, wrzucamy na niego cebulę, czosnek, sambal oelek i garam masala i podsmażamy na niedużym ogniu, aż cebula będzie miękka.

Następnie dodajemy przecier pomidorowy, pomidory, bulion, soczewicę, cukier brązowy, liście kolendry, kurkumę i pieprz cayenne. Gotujemy na wolnym ogniu bez przykrycia, mieszając od czasu do czasu, aż do momentu jak soczewica będzie miękka (ok. 20 minut).

Można podawać z chlebem zwykłym lub arabskim, polecam na ciepło.

Bardzo dobrze smakuje również z dodatkiem jogurtu kolendrowo-pietruszkowego, który robimy następująco: mieszamy ze sobą 1 szklankę jogurtu naturalnego, 2 łyżki natki pietruszki i kolendry dobno posiekane. Do tego odrobina soku z cytryny i gotowe!

Smacznego!

Przepis pochodzi z książki Podróże kulinarne: Kuchnia Arabska, Maria Fredro-Boniecka

Zupa z soczewicy

Targ Rybny w Dubaju

17 Apr

Targ Rybny

Dwa tygodnie temu odwiedził nas kolega z Polski. Przez dwa dni pokazywałam mu Dubaj, jednego dnia od tej bardziej “komercyjnej” strony, czyli galerie handlowe, stok narciarski, Burj Khalifa, a drugiego pojechaliśmy do mojej ulubionej starej części miasta, która nie jest pokazywana w mediach. Na targ rybny wybierałam się od dnia przeprowadzki, czyli od 3. stycznia. Niestety jest to tak daleko, że zawsze było nam nie po drodze. Postanowiłam więc skorzystać z okazji i wiedząc, że Darek jest podobnie zakręcony na punkcie jedzenia jak ja, zabrałam go tam w ramach zwiedzania.

Wysiadając ze stacji metra Palm Deira (zielona nitka), nie da się przejść obojętnie koło targu rybnego, przez… ZAPACH! Zapach to w zasadzie zbyt delikatne określenie. Wokół targu śmierdzi rybami! Nie zrażajcie się jednak, bo to co zobaczycie w hali jest warte wszelkich poświęceń.

Wchodząc z każdej strony dochodzi nas gwar przekrzykujących się sprzedawców (byliśmy tam w poniedziałek i poza nami, nie było zbyt wielu kupujących). Wołają do siebie, wołają do nas, panuje wszechobecny chaos. Wyjmuję aparat. Zaczynam robić zdjęcia rybom i całym stoiskom. Chcę zrobić zdjęcie sprzedawcy, a ten podbiega do nas z rybą i ustawia się do zdjęcia z Darkiem. Po chwili kolejny podchodzi z głową ryby i szczerzy zęby do obiektywu. Dwaj panowie się obejmują i krzyczą do mnie, żebym ich też sfotografowała.

Ryby

Targ Rybny

Pan z rekinem

Targ Rybny

targ rybny

Zastanawiacie się jakie ryby można dostać na takim targu? Jakie sobie tylko wymarzycie! Podejrzewam, że nie jestem w stanie wymienić nawet 1/4 z tych wszystkich gatunków, które można kupić. Ja ostatecznie kupiłam suszone piranie. Takie suszone nie wyglądają równie groźnie jak żywe. Ich smak jest zabity nieco solą, więc ciężko mi powiedzieć, czy są dobre, czy nie, są po prostu bardzo słone. Można też dostać małe rekinki (wcale nie aż takie małe, bo mierzą pewnie z pół metra). Wszelkiego rodzaju owoce morza jak kraby, ogromne krewetki, langustynki, małże, itp. Owoce morza i ryby można kupić i zabrać do domu, albo poprosić o zrobienie (grillowanie) ich na miejscu. Jak na każdym targu w Dubaju nie można zapomnieć o negocjacjach. Tutejsi sprzedawcy będą chcieli dodatkowo obciążyć za wyfiletowanie ryby, więc trzeba być bardzo stanowczym. My byliśmy na targu wcześnie rano, więc nie zjedliśmy świeżo upieczonej ryby, ale to nawet dobrze, bo będę miała powód, żeby jeszcze raz się tam wybrać i zrobić kolejny wpis.

Uwaga dla tych, którzy chcą wrócić z rybą metrem – jest to zabronione! Nie można przewozić ryb w metrze. Jest to dość zabawne, bo przy stacjach w okolicach metra stoją specjalne znaki z przekreśloną rybą. Uważam, że nie jest to taki zły pomysł, bo wyobraźcie sobie jechać w metrze z kilkunastoma osobami, obładowanymi siatami pełnymi ryb? Zapach na pewno byłby interesujący.

Znak

Jeśli będziecie wybierać się do Dubaju, nie zapomnijcie o starej części miasta. Z pewnością fascynujące są wysokie, błyszczące budynki, ogromne galerie handlowe czy sztuczna palma, jednak prawdziwy i lokalny klimat, poczujecie w starym mieście.

Kraby

Targ Rybny

Ryby

Ryby

Małże

Wędzone Ryby

Ryby

Rekiny

Sop ayam – malezyjska zupa na randkę (rozbieraną ;) )

12 Apr

Parę lat temu, kiedy w miejscu Stadionu Narodowego stał Stadion Dziesięciolecia, a przy nim bazar, wybraliśmy się tam ze znajomymi, żeby znaleźć Małe Hanoi nazywane też VietTown. Była to niewielka “uliczka”, wyglądająca jak żywcem wyjęta z Wietnamu lub Tajlandii, na której w małych klitkach sprzedawano jedzenie dla handlarzy (głównie Wietnamczyków). Na samym początku stołowali się tam wyłącznie handlarze, z czasem zaczęli przychodzić i snobować się Warszawiacy. Poza rewelacyjną atmosferą, było też fantastyczne azjatyckie jedzenie, m.in. Zupa Pho, którą teraz można dostać na ulicy Chmielnej i tym podobne smakołyki. Oprócz tego niewielki sklep z azjatyckimi przyprawami, makaronami, ryżami i warzywami.

Był to pierwszy raz kiedy jadłam prawdziwie azjatycką zupę. Za zupami, jak już wiecie, nie przepadam, ale znajomi mnie namawiali, więc się skusiłam.

W zupie Pho zakochałam się od razu. Tysiące smaków, zapachów, które rozgrzewają i zachęcają nas do dalszego próbowania.

Stadionu X-lecia już nie ma, a wraz z nim bazaru, na szczęście pozostało wspomnienie i moja miłość do azjatyckich zup.

Niedawno kupiłam książkę Culinaria East Asia z cyklu Culinaria wydawnictwa Ullmann, jeśli jeszcze nie macie żadnej pozycji z tej kolekcji, to biegnijcie szybko do księgarni! Znalazłam w niej przepis na zupę Sop ayam, zupę z kurczakiem. Wyszła fantastyczna! Przenikające się smaki rozgrzewającego imbiru,  orzeźwiającej kolendry i trawy cytrynowej, chlapiący makaron!

P.S. Ta zupa nie nadaje się na randkę, bo szybko będziecie cali brudni ;) (no chyba, że na randkę rozbieraną).

Sop ayam

No to do dzieła!

Potrzebujemy do niej:

  • 2 piersi z kurczaka
  • 3 łyżki oleju
  • 1 małą cebulę pokrojoną w krążki
  • 1 laskę cynamonu
  • 4 ziarna kardamonu
  • 4 ząbki czosnku
  • 1 1/4 l wody
  • 2 gałązki trawy cytrynowej (dolną część, lekko rozgniecioną w moździerzu)
  • makaron ryżowy
  • 2 ziemniaki (ja nie dodałam, ale jest w przepisie)

marynata do kurczaka:

  • 1 kawałek (5 mm) imbiru
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 mała garść kolendry
  • 1/2 łyżeczki kminku
  • 1/2 łyżeczki kurkumy
  • 1/2 łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu
  • 1/2 szklanki wody

do posypania:

  • 3 szalotki pokrojone w krążki i podsmażone na oleju
  • drobno pokrojona cebula dymka
  • kolendra do posypania wg. uznania

Zaczynamy od marynaty. W moździerzu rozgniatamy imbir wraz z czosnkiem. Dodajemy kolendrę, kminek, kurkumę, pieprz i wodę i mieszamy dokładnie i polewamy marynatą kurczaka. Odkładamy na 15 minut do lodówki.

Podgrzewamy olej i podsmażamy krążki cebuli, laskę cynamonu, kardamon i ząbki czosnku. Kiedy cebula zacznie brązowieć, dodajemy kurczaka i podsmażamy krótko, aż zacznie się unosić się przyjemny zapach. Dodajemy trawę cytrynową i zalewamy wodą. Doprowadzamy zupę do wrzenia i zmniejszamy ogień. Gotujemy do momentu, aż kurczak będzie gotowy w środku. Wyjmujemy kurczaka, odstawiamy go na bok, żeby ostygł, a następnie kroimy. Do zupy wrzucamy makaron, zwiększamy ogień, żeby woda się zagotowała i gotujemy wg. instrukcji.

Serwujemy z kawałakami kurczaka, ugotowanymi ziemniakami, posypujemy podsmażoną cebulką, świeżą kolendrą i drobno pokrojoną dymką.

SMACZNEGO!

UWAGI

* ja dodałam trochę soli i łyżeczkę pieprzu cayenne dla wzmocnienia smaku, możecie zrobić podobnie;

** zjedzcie od razu całą zupę, lub wyjmijcie z niej makaron, bo w przeciwnym razie cała zupa w niego wsiąknie.

Sop ayam

Wycieczka do Omanu cz.1

8 Apr

Tydzień temu, kiedy w wszyscy w Polsce szliście święcić jajka, my wybraliśmy się na półdniową wycieczkę do Omanu, a dokładnie na półwysep Musandam.

Musandam jest położony bardzo strategicznie, ponieważ wraz z sąsiednim Iranem dzieli cieśninę Ormuz. Nie ma tam wielu miast, bo większość stanowią bardzo wysokie góry. My dojechaliśmy do Khasab, do którego od samej granicy z Emiratami prowadzi piękna, niedawno wybudowana droga (zaznaczona na mapie żółtym kolorem), z której z jednej strony rozciąga się widok na Zatokę Perską, a z drugiej na wspaniałe góry.

mapka

Z Dubaju do Omanu prowadzi autostrada, aż do emiratu Ras Al-Khaimah (RAK), dzięki czemu w dwie godziny jesteśmy na miejscu. Granicę widać gołym okiem, bo Emiraty są zupełnie płaskie, a wysokie góry należą już do Omanu.

trasa

Żeby przejechać przez granicę omańską do Musandam należy wykonać kilka czynności:

1) iść do okienka i uiścić pierwszą opłatę za przejazd w wysokości 100 AED (ok. 86 zł). Jeśli wypożyczamy samochód, trzeba poprosić o dodatkowe ubezpieczenie na Oman, którego cena wynosi ok. 170 AED (ok. 150 zł) za 10 dni.

2) pierwsza kontrola, gdzie należy pokazać paszporty + potwierdzenie wpłaty.

3) podejść do kolejnego okienka i zapłacić 35 AED od osoby za wizę (ok. 20 zł), otrzymujemy pieczątę (byliśmy tym faktem dość podekscytowani, bo dawno żadne z nas nie miało pieczątki w paszporcie).

4) wrócić do samochodu z kolejnym świstkiem potwierdzającym wpłatę i podjechać do kolejnej kontroli, gdzie sprawdzą paszporty i bagażnik.

5) jeszcze jedna kontrola, a czemu nie.

6) wjeżdżamy do Omanu!

Wybraliśmy się tam po południu, co uważam za bardzo dobry wybór, bo piękne światło padało na gigantyczne skały.

IMG_1346

Droga jest bardzo dobra, nie ma na niej praktycznie żadnych samochodów, rzadko też ktokolwiek idzie poboczem. Jedyne na co trzeba uważać to na zakręty, których jest więcej niż we włoskich Alpach.

Po drodze mijamy kilka małych, dość pustych mieścinek.

Na półwyspie jest jeden hotel, zaznaczony na wszystkich mapach, Golden Tulip. Jest pięknie położony na skale, skąd rozciąga się widok na Zatokę. CUDOWNIE! Obiecaliśmy sobie tam wrócić.

Musandam

Musandam

Musandam

Musandam

Musandam

Musandam

 Musandam poza zatoką i skałami ma też piękne “fiordy”, między którymi pływają wycieczkowe statki. Główną atrakcją są delfiny, które bardzo często się tam pojawiają. Jak się dowiedzieliśmy, warto się tam wybrać przed początkiem maja, bo delfiny uciekają stamtąd, gdy robi się gorąco.

To, co przykuło moją uwagę jadąc przez Oman i RAK, to fakt, że nigdzie nie spotkaliśmy, ani nie widzieliśmy kobiet. Poza paroma turystkami na granicy, ja byłam jedyną. Tutaj też muszę napisać, że wyjeżdżając z Dubaju do każdego innego Emiratu i do Omanu należy zwrócić uwagę na strój. Krótkie spodenki ani spódniczki nie wchodzą w rachubę. Nie chodzi nawet o to, że wszyscy dookoła będą się gapić, tylko faktycznie można za to dostać karę. Najlepiej ubrać długie spodnie i koszulkę zakrywającą ramiona, która nie będzie prześwitywać.

Khasab, do którego dojechaliśmy jest niedużym miastem, z gigantycznym meczetem w samym środku miasta. Przez większość roku nic się tam nie dzieje, tylko w okresie chłodniejszym przyjeżdża wielu turystów.

Khasab

Meczet w Khasab

Zapytaliśmy w pobliskiej kawiarni o jakąś dobrą, lokalną restaurację. Pan podał nam dwie, jedna znajdowała się na głównym placu w mieście, gdzie w zasadzie jest kilka różnych restauracji, głównie indyjskie lub serwujące kebaby. W większości z nich przesiadują Pakistańczycy lub Hindusi, którzy przyjechali do Omanu pracować. Restauracja, którą nam wskazano była pusta, poza jednym stolikiem, przy którym siedzieli turyści. Uznaliśmy, że tam na pewno nie pójdziemy, zawsze wolimy iść w miejsce, gdzie po pierwsze jest dużo ludzi, po drugie nie ma turystów. Na początek znaleźliśmy piekarnię, gdzie w kamiennym piecu piekarz robił przepyszny arabski chleb.

Tradycyjnie w krajach arabskich chleb robi się rozwałkowując ciasto na cieniutkie okrągłe placki i przykleja do wewnętrznej części rozgrzanego do czerwoności pieca, aż zaczną pojawiać się bąble. Następnie za pomocą haka wyciąga się je na kaflowy blat. W każdym regionie chleb wygląda inaczej. Ten omański był kilkuwarstwowy i dość mokry w środku. Pycha!

Chleb arabski

Chleb arabski

Przeszliśmy przez miasto, gdzie minęliśmy tłum wychodzący z meczetu, po wieczornej modlitwie. Znaleźliśmy restaurację, która co prawda była na uboczu, ale co chwilę podjeżdżał pod nią lokalny mieszkaniec Khasab, więc spełniała nasze wymagania.

Zamówiliśmy dwa dania, kurczaka w miodzie i kawałki barana. Do tego ryż z kurkumą i kardamonem, no i oczywiście chleb. Wszystko było pyszne, a dania nie były ogromne, dzięki czemu się nie przejedliśmy. Kurczak był zrobiony inaczej niż zazwyczaj, bo z reguły restauracje, żeby przyoszczędzić nie dodają do niego prawdziwego miodu, tylko jakiś podobny smakowo substytut. W tym wypadku dodano prawdziwy miód i różnica była wyczuwalna. Danie było bardzo słodkie, a miód wręcz się ciągnął. Baran również był bardzo dobry i kruchutki, idealnie przyprawiony. Na ziemi leżał kot, który co chwila podchodził do mnie żebrać o jedzenie. A na sam koniec dostaliśmy rachunek, który wyniósł 50 AED, czyli ok, 40 zł za wszystko!!!!

Restauracja w Khasab

Chleb omański

Kurczak

Ryż z kurkumą

kot w Omanie

kot w Omanie

Na pewno nie była to nasza ostatnia wizyta w Musandam. Zamierzamy się jeszcze tam wybrać conajmniej raz, żeby zobaczyć fiordy i delfiny, o czym na pewno napiszę. A Wam polecam przejechać się na tę krótką wycieczkę, w ramach urozmaicenia pobytu w Dubaju.