Moje pierwsze wspomnienie z daktylami nie jest związane bynajmniej z żadnym krajem arabskim, a wręcz przeciwnie, bo ze Stanami Zjednoczonymi, a konkretnie Kalifornią. Rok i parę miesięcy temu, wybraliśmy się do Kaliforni na wakacje. Byliśmy w Los Angeles, a następnie w Palm Springs. Znaleźliśmy informację w internecie, że niedaleko Palm Springs znajduje się miejsce, gdzie można wypić najlepszego na świecie “Date Shake’a”, czyli shake’a z daktyli. W naszych wyobrażeniach był on niesamowicie dobry, więc wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy. Odległość ok. 30 mil. Dojechaliśmy, przed nami stał sklep z restauracją, był napis “date shake”, więc to musiało być tutaj! Nie mogliśmy się doczekać już tego smaku, więc zamówiliśmy. Od razu dwa, bo inaczej się pokłócimy. “Małe, czy duże?” zapytała pani. “Oczywiście duże!”. Kupiliśmy, zadowoleni z siebie wyszliśmy na zewnątrz i pstryknęliśmy sobie pamiątkowe zdjecie z ręki. Pierwszy łyk!……”Ale jak to”-odezwał się głos w mojej głowie-”to miało być dobre!!! Spróbuję raz jeszcze, na pewno za drugim razem już mi posmakuje.”. Niestety nie posmakował, więc dwa półlitrowe kubełki shake’a poszły do kosza (chociaż O. jeszcze starał się swojego pić, żeby nie było, że tak marnuje pieniądze i napój).

Rok i parę miesięcy później, przeprowadziłam się do kraju, w którym daktyle są ulubioną słodkością. Znaleźć je można dosłownie wszędzie! W sklepach są półki całe zapełnione opakowaniami z daktylami. Dżemy z daktyli i z różnymi dodatkami: pomarańcze, cytryny, nawet napoje gazowane w butelce na szampana. Czekoladki z daktylami na wiele sposobów. Daktyle suszone, świeże, w formie pasty, syrop z daktyli, itp. itd.


Dlatego też, kiedy zastanawiałam się nad pierwszym wpisem w moim cyklu o kuchni arabskiej, który miałby dotyczyć słodyczy, nie mogło paść na nic innego, tylko właśnie na daktyle.
Daktyle są bardzo popularne w okresie Ramadanu, czyli postu. W tym czasie muzułmanie nie mogą jeść ani pić przez cały dzień, od wschodu do zachodu słońca. Kiedy wieczorem mogą już spokojnie coś zjeść, zaczynają właśnie od daktyli. Dlaczego? Ponieważ zawierają one bardzo dużo magnezu, cukru, potasu i węglowodany, które sprawiają, że proces trawienia trwa dłużej niż kiedy jemy potrawy tłuste. Dzięki temu, po całym dniu postu organizm nie dostanie szoku
. Poza tym, ważna informacja dla osób takich jak ja, które mają wysoki cholesterol! Daktyle go obniżają, więc możecie się nimi objadać do woli!
Wybrałam dwa przepisy, które zrobiłam.
Obydwa możecie zrobić w Polsce, bo raczej nie powinno być problemu z dostaniem produktów.
Są bardzo proste, jeden jest dobry dla wegan i bezglutenowców, bo nie zawiera grama cukru, mąki, mleka ani żadnych tego typu dodatków.
Drugi jest jego zupełnym przeciwieństwem. Jest to typowy deser arabski, bo jest bardzo słodki! Nie przesadzam. BARDZO!
Zacznijmy od pierwszego. Są to trufelki daktylowo pistacjowe z posypką z wiórków kokosowych. Tego typu trufelki możecie znaleźć w większości tutejszych sklepów, ale po co kupować, skoro możecie je zrobić sami! Przepis znalazłam tutaj.

Składniki, których będziemy potrzebować do ich zrobienia to:
- 200 g pistacji – niesolonych i bez skorupek
- 200 g pokrojonych drobno daktyli
- 2 łyżki wody z kwiatu pomarańczy
- 1 łyżka miodu
- ok. 100 g wiórków kokosowych


Robimy je w następujący sposób.
Pistacje prażymy przez ok. 5 minut na patelni, mieszając co jakiś czas, żeby się nie spaliły.
Zdejmujemy z ognia i blendujemy.
Dodajemy pokrojone drobno daktyle i blendujemy, aż stworzy się masa.
Dolewamy wodę z kwiatu pomarańczy i miód.
Z masy robimy kulki, powinno wyjść ok. 16 średniej wielkości. Od razu obtaczamy je w wiórkach kokosowych, póki jeszcze są lepiące.
Wkładamy do lodówki i po ok. godzinie można już je swobodnie jeść. W zasadzie od razu po zrobieniu też są przepyszne!

Drugi deser jest typowo arabskim ciastem. Jest to kruche ciasto, na bazie semoliny, przełożone pastą z daktyli. Jest pyszne, z tym że na końcu polewa je się syropem, który jest bardzo słodki!!! Tutejsze kubki smakowe go uwielbiają, ale dla naszych, europejskich jest to przesada, więc ja bym dała go bardzo mało, albo pominęła w ogóle. Niemniej jednak, zrobiłam tak jak należy
Jej arabska nazwa, to Basbousa bil Tamr.

Tradycyjnie przyozdabia się ją migdałami, ale ja użyłam pistacji, które mi zostały po trufelkach. Przepis oryginalny pochodzi stąd.
Składniki, których potrzebujemy do zrobienia tego ciasta, to:
- 480 g semoliny
- 240 g mąki pszennej
- 240 g wiórków kokosowych
- 200 g roztopionego masła
- 240 ml mleka
- 1 łyżka proszku do pieczenia
- 1 łyżka cynamonu
- 0,5 kg pasty z daktyli *
*Jeśli nie uda Wam się kupić pasty z daktyli, to możecie ją samodzielnie zrobić. Jest to bardzo proste. Wystarczy kupić daktyle i namoczyć je w ciepłej wodzie, żeby zmiękły. Jak już będą miękkie, wyciągamy je z wody i wyjmujemy pestki. Wrzucamy daktyle do blendera lub miksera, dodajemy 2 łyżki wody i miksujemy, aż powstanie puree. I gotowe! Przechowujemy w lodówce lub w zamrażarce.

Składniki na syrop:
- 1 litr wody
- 500 g cukru
- Sok z całej cytryny
Zaczynamy od syropu. Cukier zalewamy gorącą wodą i sokiem z cytryny, ja również dorzuciłam kawałki cytryny, żeby powstał aromat. Gotujemy i mieszamy co jakiś czas, aż się całość zredukuje o połowę.

Po tym, odstawiamy garnek na bok, żeby syrop ostygł.
Przygotowujemy ciasto.
Topimy masło, zdejmujemy z ognia i dodajemy mleko. Mieszamy wszystkie suche składniki, poza pastą z daktyli, która będzie stanowiła nadzienie!
Suche składniki zalewamy mieszanką masła z mlekiem i mieszamy dokładnie.
Wyjmujemy blaszkę o wielkości 20×30 cm. Połowę ciasta rozkładamy na folii posmarowanej masłem. Na nim układamy cieniutkie kawałki pasty z daktyli.

Na tym układamy pozostałą część ciasta. Górną partię nacinamy nożem, tak żeby powstało ok. 12 kawałków. dekorujemy je migdałami lub pistacjami dla ozdoby.

Pieczemy w piekarniku nagrzanym na 200 stopni do czasu, aż ciasto zbrązowieje.
Po wyjęciu, jeszcze ciepłe polewamy syropem.
SMACZNEGO!

